Wiosną 2009 roku podjąłem decyzję o najbardziej szalonym wyjeździe w moim życiu. Miałem wtedy 21 lat, byłem młodym, głodnym przygody i świata człowiekiem. Wraz z kolegą Rafałem zdecydowaliśmy się na wyjazd typu „Work and travel” do USA. Daleko nie szukając naszym celem był Nowy York. Chcieliśmy, żeby ten wyjazd nie był typowym WORK i trochę travel, ale bardziej przygodą TRAVEL a trochę work. W związku z tym zdecydowaliśmy się na opcję wyjazdu ‚independent’, czyli biuro pomagało nam w formalnościach związanych z wyjazdem, ale na miejscu nie mieliśmy nagranej żadnej pracy ani miejsc noclegowych, musieliśmy sami o to zadbać, co na tamtą chwilę bardzo nam pasowało.

Od kwietnia szukaliśmy kontaktów, które pomogłyby nam w uzyskaniu jakiejś pracy w NY, dość szybko dostaliśmy propozycje głównie związane z branżą budowlaną, ale absolutnie nam to nie przeszkadzało, cieszyliśmy się, że mamy punkt zaczepienia. Kupiliśmy bilety lotnicze Poznań – Warszawa, Warszawa – Nowy York, oraz powrotny Nowy York – Warszawa, Warszawa – Poznań. Tydzień przed wylotem znalazłem intrygujące ogłoszenie w internecie. Nie pamiętam dobrze treści, ale w skrócie brzmiało „Potrzebuję przetransportować psa – Yorka z Poznania do Los Angeles. Oferuję w zamian pomoc w znalezieniu pracy, wynajmie auta, wynajęciu kwatery oraz ewentualnym załatwieniu wizy na 10 lat.”

Po analizie oraz kontakcie z ogłoszeniodawcą uznaliśmy, że oferta jest wiarygodna a Los Angeles jest dla nas znacznie atrakcyjniejszym miejscem niż Nowy York. Kupiliśmy bilet Nowy York – Los Angeles, skontaktowaliśmy się z ludźmi, od których odbieraliśmy psa Yorka, którzy załatwili wszystkie niezbędne formalności związane z przeprawą psa za ocean. Dzień wylotu zbliżał się wielkimi krokami a w między czasie (25 czerwca w czwartek) przyszła smutna wiadomość o śmierci króla POP Michaela Jacksona. W sobotę 27 czerwca wylecieliśmy z psem, którego roboczo nazwaliśmy „Szyszką” w lot na drugi koniec świata. Z Poznania do Warszawy lecieliśmy 45 minut, następnie mieliśmy 9 godzinny lot do NY. Zestresowana Szyszka leciała z nami na pokładzie w specjalnym plecaku do transportu małych zwierzaczków. W NY spaliśmy jedną noc w hotelu przy lotnisku a następnego dnia z samego rana mieliśmy lot do Los Angeles, który trwał 5 lub 6 godzin.

Welcome to LA !

Po 2 dniach spędzonych na lotniskach i w samolotach dotarliśmy do „Miasta Aniołów”. Po wyjściu z terminala uderzyła w nas fala ciepłego powietrza a niebo było absolutnie bezchmurne. Byliśmy szczęśliwi, że doleliśmy na miejsce bez komplikacji. Szyszka mimo niesamowitego stresu doleciała cała i zdrowa, my również, co było dobrym omenem wyjazdu.
Z lotniska udaliśmy się na chwilę do właścicieli Szyszki, po czym zawieźli nas do dzielnicy Sun Fernando Valley, gdzie mieliśmy wynajęty pokój u starszego Polaka o imieniu Janusz. Janusz był bardzo specyficznym człowiekiem, był to starszy, pedantyczny facet, który myślę, że był starym kawalerem. Opowiadał nam wiele niestworzonych historii, którym później sam zaprzeczał w innych opowiadaniach, ale nie o tym tutaj.

Nasze pierwsze dni w Ameryce wyglądały iście sielankowo. W LA możesz nie mieć nóg, ale auto musisz mieć. Aglomeracja niesamowicie duża, żebyś mógł sobie wyobrazić jak duże jest to miasto to pomyśl, że całe województwo łódzkie jest aglomeracją. Nie wiem czy to trafne porównanie, ale fakt jest taki, że możesz jechać dziesiątki kilometrów autostradą przy w pełni zurbanizowanym otoczeniu. Wracając do tematu, pierwszy tydzień nie mieliśmy samochodu, wiec za dużo nie zwiedzaliśmy, głównie spędzaliśmy czas na leżakach oraz na wędrówkach po okolicach miejsca zamieszkania. Mieliśmy po 1000 $ z Polski na start tzn. na zakwaterowania, wynajęcie samochodu i jedzenie.
Po tygodniu sielanki, podczas której nie pracowaliśmy, no może oprócz bardzo drobnych prac jakie wykonaliśmy dla Janusza, wuja właścicielki Szyszki wypożyczył nam za 300$/mc auto marki Chevrolet Metro ( coś alla Lanos).

Auto proste, bez radia oraz żadnych luksusów, ale jeździło i to było najważniejsze. Wykupiliśmy ubezpieczenie, zapłaciliśmy za rejestrację auta i w trasę… Za dnia dużo jeździliśmy, żeby zobaczyć jak najwięcej atrakcyjnych miejsc w okolicy, a było co zwiedzać. Santa Monica, Malibu beach, Hollywood, Beverly Hills, Los Angeles City, Venice Beach to tylko nieliczne miejsca jakie trzeba zobaczyć będąc w LA. Na tym etapie zaczęliśmy naszą pierwszą pracę zarobkową (nie licząc fuch dla Janusza). Dostaliśmy pracę w clining service – sprzątaliśmy domy w okolicach Los Angeles. Nie było z tego zajęcia dużo pieniędzy bo maksymalnie dziennie dostawaliśmy 100$ (na dwóch) a bardzo często zarabialiśmy tylko 40/60 lub 80$ dojeżdżając ok 100 km w jedną stronę. Do tego zlecenia mieliśmy ok 3 razy w tygodniu. Łatwo policzyć, że nie był to amerykański sen, a raczej zarabianie na jedzenie, nie licząc, że trzeba opłacić za kolejne miesiące kwaterę i samochód.

Pieniądze ubywały, robota była słaba i mało płatana do tego kryzys gospodarczy uderzył też w kalifornie i nie było łatwo znaleźć pracy w tamtym okresie. Szukając rozwiązania jak zarobić pieniądze na kolejne miesiące pobytu w USA (kategorycznie wykluczaliśmy możliwość proszenia o pieniądze przez telefon rodziców w Polsce) wpadliśmy na pomysł, żeby sprzedawać napoje na plaży – coś na wzór sprzedawców lodów na polskich plażach. Pomysł całkiem niezły i początkowo dawał nam dodatkową kasę. Kupowaliśmy napoje gazowane oraz butelkowaną wodę za 0,3 $ i sprzedawaliśmy na plaży za 1 $. Sprzedaż szła całkiem dobrze do momentu gdy policja nas nie ostrzegła, że jak jeszcze raz nas przyłapią na sprzedaży to dostaniemy mandat nawet do 5000 $. Daliśmy sobie spokój z tym biznesem…

Po śmierci Michaela Jacksona ludzie z całego świata przylatywali do Los Angeles, żeby złożyć hołd zmarłemu Królowi. Na alei gwiazd Hollywood Blvd przy Kodak Theatre (miejsce rozdawania Oskarów) gromadziły się tłumy przy gwieździe Michaela. Ludzie zostawiali kwiaty, maskotki, ilustracje ręcznie robione a nawet biżuterię osobistą. W nocy służby sprzątające wszystko wyrzucały, by następnego dnia od rana działo się to samo. Często jak nie mieliśmy pracy przyjeżdżaliśmy w to miejsce. Zawsze się tam dużo działo, było mnóstwo ludzi, były gwiazdy aktorów czy zasłużonych i było wzgórze z napisem HOLLYWOOD, które zawsze przypominało gdzie jesteśmy. Problem był w tym, że pieniądze szybciej uciekały niż przybywały, byliśmy już ponad 3 tygodnie, praca była marna i zaczęliśmy rozważać różnie możliwości takie jak np. zdanie zakwaterowania i wyjazd do San Francisko, utrzymując się ze sprzedaży wody i napojów na lokalnych plażach po drodze do celu. Pojawił się jednak inny pomysł – równie szalony.

Siedząc na schodach przy Kodak Theatre w Hollywood obserwowaliśmy ludzi przebranych za różne postaci z bajek czy filmów, takich jak SuperMan, Spiderman, Batman, Piotruś Pan, Dzwoneczek, Transformator itd. Chodziło tam około 20/30 poprzebieranych osób, do których podchodzili ludzie i chcieli sobie z nimi zrobić zdjęcie – w końcu byli w HOLLYWOOD! Charaktery te pozowały do zdjęcia za napiwki. I w tym miejscu pojawiła nam się lampka w głowie – a może i my powinniśmy spróbować?! Rafał był bardzo sceptyczny do tego pomysłu. Jako, że lubię podejmować wyzwania, a widziałem w tym sporą szansę powodzenia, uznałem że podejmuję ryzyko i za jedne z ostatnich pieniędzy kupuję strój i wychodzę na ulicę jako amerykański SUPERBOHATER…

część II wkrótce…